Dzienniki kołymskie

Nie będę obiektywny. Uwielbiam Wydawnictwo Czarne. Niewielka oficyna założona przez Pana Stasiuka i jego małżonkę, mimo prowincjonalnego położenia w górskim Wołowcu, zaskarbiła sobie uwagę czytelników w całej Polsce. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie znacie cyklu Reportaż z tego wydawnictwa, to szczerze polecam. To literatura, która otwiera wyobraźnię i przekazuje ładunek wiedzy, jaki trudno przyswoić w inny sposób.
Jedną z pierwszych książek Czarnego, które przeczytałem była Biała Gorączka” Jacka Hugo Badera. I chociaż jest to lektura, która wywarła na mnie niezatarte wrażenie i z pewnością zasłużyła na osobny wpis, to dziś o innym tytule.
„Dzienniki Kołymskie” to nowy reportaż Badera z jego podróży po Kołymie. A dokładniej po Traktacie Kołymskim M56, zwanym również Drogą z Kości. Tę długą na ponad 2000 km magistralę, po której da się przejechać wyłącznie zimą (w lato w przeważającej mierze droga jest błotnistym potokiem), budowali od lat 30-tych do 50-tych XX wieku więźniowie komunistycznych łagrów. Skazańcy, którzy zmarli podczas wyczerpującej pracy, byli chowani tuż przy samym skraju trasy. Stąd wzięła się jej nieoficjalna nazwa. I chociaż retrospektywy historyczne często pojawiają się w książce (nie sposób od nich uciec, pisząc o Kołymie), to głównym tematem „Dzienników” jest podróż. Droga do celu. Autor przebył ją autostopem. Rozpoczął w Magadanie nad Morzem Ochockim, a skończył na ostatnim kilometrze magistrali, w Jakucku.
„Dzienniki” ukazują daleką Kołymę głównie przez perspektywę osób poznanych przez autora w trakcie podróży. Już na samym początku Bader zastrzega, że chce skupić się głównie na tym, co tu i teraz, na specyfice życia w odległym (także od Moskwy) miejscu. Mroczna przeszłość regionu, ma być jedynie tłem. Wtrąceniem. Objaśnieniem, do rzeczywistości. Nie zawsze się to udaje. Czasami historia wyłania się na plan pierwszy. Wypływa na wierzch, niczym pozostałości dawnego systemu spod wszechobecnej w tym miejscu wiecznej zmarzliny. I całe szczęśćcie! Opowiadanie o bogactwach geologicznych tego regionu, pierwotnej, nieujarzmionej przyrodzie i problemach żyjących tu ludzi byłoby niepełne bez powrotu do przeszłości. To miejsce całe jest bowiem przeszłością. Zarówno w sferze kulturowej, jak i geograficznej. Zostało wydarte naturze nieludzkim wysiłkiem tysięcy więźniów, którzy wydobywali złoto na chwałę Sojuzu. Zostało ukształtowane przez przeszłość i po dziś dzień pokutuje za niezawinione grzechy. Zapomniane przez włodarzy w Moskwie, pogrążone w letargu.
Większość mieszkających tu ludzi (za wyjątkiem autochtonicznych plemion) to potomkowie dawnych zeków – więźniów łagrów. Nawet jeśli nie łączy ich z nimi pokrewieństwo krwi, to podobnie jak skazańcy komunistycznego reżymu, zostali tu zesłani. Przez społeczeństwo, partię, własne grzechy lub wybory. I chociaż momentami w książce jest więcej debatowania, niż podróżowania, a autor częściej zagłębia się w opisy ludzkich losów i charakterów, niż kołymskiej przyrody, to jest to zaiste podróż warta odbycia! Dopiero bowiem z perspektywy osób, które na co dzień zmagają się z nieujarzmionym klimatem i naturą, jesteśmy w stanie zrozumieć na czym polega piękne i dzikie oblicze tego regionu.
Jest tu naprawdę w czym wybierać. Odkrywanie różnorodności ludzkich losów dostarcza frajdy nie mniejszej, niż prawdziwa podróż. Kogóż tu nie ma. Złoty oligarcha, który pławi się w bogactwie, kierowcy tirów, którzy w kilka wieczorów są w stanie przepić półroczne zarobki, córka jednego z najbardziej krwiożerczych działaczy komunistycznych, nieustannie szukająca schronienia przed własną przeszłością, 61 letni, pół ślepy biegacz, który pokonał trasę z Kaliningradu do Władywostoku (12 009 km!), plemienni szamani, błatnicy (zawodowi przestępcy) i układający się z nimi wojskowi. Oto współczesna Rosja. Oto Kołyma, miejsce gdzie w jeden dzień można zostać bogaczem lub biedakiem. Gdzie stykają się różne nacje, a ludzie, każdego dnia starają się zacząć życie od nowa.
Każda z historii wciąga i na nawet na chwilę nie pozwala oderwać się od lektury (tylko ze względu na wątpliwą konieczność porannej wizyty w pracy, skończyłem książkę w dwa wieczory), sprawiając, że kolejne strony znikają pod palcami, niczym kilometry pokonywane przez autora na trakcie. Każda z poznanych postaci to w rzeczywistości odrębna podróż, z której dowiadujemy się czegoś interesującego. O historii łagrów, niezrozumiałej dla człowieka zachodu specyfice życia w Rosji, ludzkiej determinacji do zawładnięcia drzemiącymi w tych ziemiach surowcach, o codziennych emocjach i namiętnościach, które dzielimy bez względu na szerokość geograficzną, pod którą przyszło nam żyć. W ten sposób zbliżamy się do sedna lektury. Najważniejsze jest nie miejsce i cel, w którym podążamy, lecz sama podróż. To ona kształtuje i zmienia nas samych, sprawiając, że nie jesteśmy w stanie usiedzieć w miejscu.
Książka, jak na autora nominowanego do Nagrody Ryszarda Kapuścińskiego przystało, jest napisana prostym, przejrzystym językiem. Pisarz przeplata przeprowadzone przez siebie wywiady z prowadzonym w trakcie podróży dziennikiem. Na stronie Gazety Wyborczej, w której na co dzień pisarz pracuje, znajdziecie zapiski z podróży i sporo materiałów wizualnych. Fragmenty książki są również czytane przez samego autora w popularnej Trójce. Szczerze zachęcam was do odbycia tej czytelniczej podróży, szlakiem syberyjskiej przyrody, historii i kultury. To bilet wyłącznie w jedną stronę. Wprost do marzeń o Syberii.
TYTUŁ: Dzienniki Kołymskie
AUTOR: 
Jacek Hugo-Bader
WYDANIE: 
Czarne 2012

Be first to comment