Boracza zimą… i wiosną

W tym roku w kalendarzu pojawił się nowy długi weekend do zagospodarowania – Święto Trzech Króli. A że do kościoła można równie dobrze wybrać się (albo i nie…) w górach, to trzeba było tę okazję wykorzystać. Niestety nie byłem jedynym, który miał ochotę świętować trzy dni wolnego w Beskidach. Nigdzie nie było wolnych miejsc. Na szczęście znalazły się w Schronisku PTTK na Hali Boraczej

Z tym obiektem miałem już do czynienia wcześniej podczas wiosennego wypadu rowerowego do Milówki, dlatego tym razem nie brałem go pod uwagę. Późna organizacja wyjazdu sprawiła jednak, że znowu zawitałem w progi schroniska pod Prusowem.

Podczas wypadu rowerowego korzystaliśmy ze szlaku zielonego z Milówki (czas wejścia ok. 2.15 h). Przez większą część prowadzi on asfaltem i ubitą drogą, dopiero pod koniec zamieniając się w kamieniste i strome podejście. W tym miejscu nie ma innej rady jak wziąć rowery pod pachę i zabawić się w kolarstwo przełajowe. Za to po wejściu na szczyt, możemy zjechać po asfalcie do samej Żabnicy i jeszcze dalej, do bunkrów w Węgierskiej Górce. Naprawdę warto się spocić, żeby potem przetestować hamulce swojego roweru! Jazda czarnym szlakiem, choć momentami dosyć wymagająca (uwaga na zakręty!), daje wiele satysfakcji.
PODJAZD
 
I ZJAZD…
Tym razem wybraliśmy łatwiejszą dla piechurów opcję, wchodząc asfaltem (ok. 1h). Mimo dużych opadów śniegu, trasa nie sprawia najmniejszych problemów. Inaczej może być, jeśli zdecydujecie się na wjechanie na szczyt samochodem. Zdecydowanie nie polecam próbowania bez łańcuchów, a i z nimi trzeba posiadać spore umiejętności. Gdyby nie grupa turystów zmierzających na schronisko, samochód naszego przyjaciela, przy którym zerwały się łańcuchy, pewnie na dłużej zostałby w przydrożnym rowie. Na szczęście wspólnymi siłami udało się wypchać pojazd z powrotem na szlak i wrócić na parking pod sklepem, pod  którym zaczyna się szlak czarny.

Budynek schroniska nie wyróżnia się niczym szczególnym. Daleko mu do beskidzkich bacówek, które już samym wyglądem przyciągają uwagę turysty. Architektura przywodzi raczej na myśl… barak robotniczy. Domy, które stoją tuż przy samym schronisku, również nie wpływają na klimat tego miejsca, sprawiając, że czujemy się trochę jakbyśmy dotarli do górskiego przysiółka.

SCHRONISKO LATEM

 

Zaletą schroniska jest natomiast jego przystępne położenie. Zarówno turyści zmotoryzowani (dwu lub czterokołowi), jak i piesi, osiągną cel bez problemu. Bardzo dobre umiejscowienie względem trasy prowadzącej żółtym szlakiem przez Radykalny Wierch na Halę Lipowską (2h) oraz Rysiankę (2.10h), i dalej szlakiem czerwonym na Halę Miziową (4.30h) oraz Pilsko, czyni Boraczą dobrym punktem wyjścia do dalszej wędrówki. Schronisko może być również atrakcyjne dla osób, które na co dzień nie chodzą po górach, lecz chcą pooddychać świeżym powietrzem, pospacerować czy napić się piwka podziwiając beskidzką przyrodę.
PRZY SCHRONISKU
Niestety w środku nie jest już tak przyjemnie. Ciasny korytarz prowadzi do niewielkiej sali jadalnej z bufetem (czynny do godziny 20). Sypialne znajdują się w krótkim korytarzu przy wejściu i przy samej świetlicy. Schronisko liczy 34 miejsca noclegowe. Fakt, że możemy dzielić drzwi pokoju z gwarną jadalnią, nie byłby jeszcze najgorszy, gdyby pomieszczenia były chociaż czyste. Niestety tak nie jest. Pokoje są brudne, obskurne, mało przytulne i nadają się tylko i wyłącznie do spania. Rozumiem, standard schroniskowy…ale przeleżany słoik z ogórkami znaleziony pod łóżkiem i niedomyty sedes po piątkowym wieczorze poezji szarpanej, to już za dużo. Prysznic, niby jest, ale bardzo ciasny i niepraktyczny… Niski próg powoduje, że woda wylewa się na zewnątrz.
Plusy? Tak, są! I to duże. Jedzenie w zupełności rekompensuje niezbyt czyste wnętrze. Wszystko, czego skosztowaliśmy podczas dwóch dni pobytu (zupy, pierogi, kotlety – mielony, schabowy, placek po węgiersku, jajecznica), jest godne polecenia. Równie smaczne są ciasta i drożdżowe bułeczki z jagodami, które rano czekają na turystów w bufecie. Ich zapach roznosi się wieczorem po całym budynku. Wśród piw króluje Brackie i Żywiec. Ceny nie są wysokie i zachęcają do skosztowania kolejnej pozycji w menu. Mój faworyt to jadło drwala. (Uwaga! Lubi się schować na liście, za stojącym na ladzie mlekiem, więc czasami trzeba dopytać 😉
OKOLICE SCHRONISKA
Obsługa przy pierwszym kontakcie, może wzbudzać negatywne emocje. Pani prowadząca obiekt ma dosyć wyrazisty głos i czasami nie przebiera w słowach (JAJECZNICA!!!). Jednak wystarczy spędzić w schronisku kilkadziesiąt minut, by zupełnie zmienić opinię na temat gospodarzy. Podobnie jak jedzenie, i ten element nabija schronisku dodatkowe punkty. Właścicielka jest naprawdę miła i szybko integruje się z turystami. Miło się z nią gaworzy i łatwo dojść do porozumienia. Trzeba tylko dać się do siebie przekonać. Widać, że „Pani na Boraczej” z niejednego pieca chleb jadła i byle ceper, nie będzie jej ustawiał;). Reszta obsługi, mimo aparycji świadczącej o nagminnym procesie integracji, także zasługuje na słowa uznania i pochwały.
Z innych plusów warto również wspomnieć o bezprzewodowym Internecie dostępnym w świetlicy, możliwości nocowania w schronisku z psem bez dodatkowej opłaty, no i ponton! Zjeżdżanie w dół ośnieżonego stoku na tym dmuchanym monstrum jazdy bez trzymanki, sprawi, że każdy zatęskni za czasami, gdy po szkole wyskakiwało się na sanki! Takiej frajdy nie miałem już dawno! Zresztą podobnie jak psiak kolegi, który po każdym zjeździe, ochoczo wciągał ponton z powrotem na górę. Wypożyczenie kosztuje około 10 zł na godzinę (nie znam dokładnej ceny, bo w miłym geście gospodyni użyczyła go nam za darmo;). Musicie spróbować sami!
BESKIDZKA PRZYRODA BRONI SIĘ SAMA…
Podsumowując. Miejsce jest warte polecenia, jeśli traktujemy je jako punkt wyjścia do dalszej wędrówki lub jednorazowy wypad. Świetnie sprawdzi się przy górskim spacerze lub jako alternatywa do nudnej niedzieli w mieście. Warto wsiąść w samochód, wejść na górkę, zjeść pyszny obiad i pozjeżdżać na pontonie (latem wypić jedno, kontemplując Beskidy). Jako miejsce dłuższego postoju, raczej odradzam. Brak przytulności i niezbyt czyste wnętrza, mogą przeszkadzać. Zresztą widać to nawet po ruchu turystycznym. Znaczna część osób zatrzymuje się tu jedynie na popas i rusza dalej. Drugiego dnia byliśmy w schronisku praktycznie sami.
Mimo wymienionych wad i faktu, że po wypadzie cała nasza piątka (dziwnym trafem…) zachorowała na grypę żołądkową, wypad zaliczam do udanych. Będąc w tych stronach z pewnością wpadnę na jagodziankę;)
W DRODZE NA KOTLET

 

JEDZENIE: 5

INFRASTRUKTURA: 2 ( duży + za pontony)
SZLAKI: 4,5
OBSŁUGA: 4 (przy bliższym poznaniu 4 +)
KLIMAT: 4,5
OCENA: 4

Be first to comment